Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to fakt, iż druhny
znacznie trudniej ubrać, niż świadkową. Podczas gdy świadkowa jest jedna, ja
zaplanowałam trzy druhny, i z sukienkami było najwięcej problemu – doprowadziło
to finalnie do tego, że jedna z moich druhen postanowiła wycofać się z
aktywnego udziału w ceremonii i weselu, i postanowiła, że druhną i świadkiem
nie będzie, bo wybrana przeze mnie paleta kolorów na mój ślub jej nie odpowiada.
Tutaj dobra rada: nieważne, czy to Twoja siostra, przyjaciółka, kuzynka. Jeśli
nie umie się dopasować do Twoich próśb nawet na jeden dzień, nie powierzaj jej tak
ważnej funkcji. Będziesz tego bardzo żałowała.
Na placu boju zostały Jednorożec i N. Wycofanie się mojej
Siostry nastąpiło z hukiem i zatoczyło szersze kręgi, niż podejrzewałam - łącznie
z zaangażowaniem w temat osób trzecich, niedoinformowanych, i przedstawieniem
im jedynej i prawdziwej wersji. Nadal jest to przykrym wspomnieniem, jednak
dobrze, że się stało – dzięki temu w trakcie dalszych przygotowań miałam ze
sobą osoby, które miały ochotę i dobrą wolę uczestniczyć w przygotowaniach i
podzielić się obowiązkami świadkowej w dniu ślubu i wesela. Nie oznacza to, że
wszelkie ustalenia stały się bezproblemowe, ale od tego momentu było nam nieco
łatwiej.
Założenie było proste – druhny miały być ubrane w pastelowe
kolory. Początkowo sądziłyśmy, że będą miały długie, zwiewne sukienki i udało
nam się wybrać taki model w Zalando i zamówić do dziewczyn do domów. Ponieważ
na co dzień mieszkamy w innych miastach, umówiłyśmy się, że jak tylko będą
mogły przymierzyć sukienki, wyślą mi zdjęcia i się zdzwonimy. Czas uciekał, bo
dość długo próbowałam się dostosować do życzeń mojej Siostry, i kiedy
zrezygnowała, zostało nam około półtora miesiąca do ślubu. Naturalnie, sukienka
na zdjęciach wyglądała o wiele lepiej, niż w rzeczywistości, i tak naprawdę
żadna z moich druhen nie wyglądała w niej dobrze. Kiedy Jednorożec uznała, że
ta sukienka może być, i nie ma ochoty dalej szukać, N stanowczo oznajmiła, że
absolutnie nie może jej założyć i pokazać się ludziom.
Finalnie N zabrała sukienkę na wyjazd do Rodziców, próbując ją dopasować, i kiedy to się nie udało, postanowiła szukać sukienek na własną rękę w niewielkim mieście na wschodzie
Polski (mieszkam w Łodzi, Jednorożec w okolicach Warszawy; wyjazd na oglądanie
sukienek do O raczej nie wchodził w grę, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozmiar
miasta – wciąż byłam przekonana, że Łódź ma w tym temacie o wiele więcej do
zaoferowania, jednak N nie chciała mi uwierzyć; była zdania, że sukienki znajdą
się w Warszawie lub O).
Ostatecznie pod koniec czerwca udało mi się ściągnąć dziewczyny
do Łodzi. Jak same przyznały, były trochę przerażone perspektywą całodniowego
chodzenia po sklepach i przekonane, że skoczymy sobie do oczu gdzieś w połowie
wycieczki. Szczęśliwie, tak się nie stało. Szybko znalazłyśmy model, który na
obu dziewczynach wyglądał świetnie, i odpowiadał nam cenowo – problem był
jednak taki, że nie było rozmiaru dla N. Choć nie była to długa, zwiewna sukienka, bardzo nam odpowiadała, także dzięki możliwości noszenia jej po ślubie na więcej, niż jedną okazję. Trochę niezadowolone, ruszyłyśmy
dalej. Kilka sklepów dalej znalazłyśmy sukienkę w tym samym kroju i dobrym
rozmiarze – ale miętową. Tu jednak pani zaproponowała nam zamówienie sukienek w
odpowiednim rozmiarze i kolorze, dodatkowo ponad 25% taniej. Nie wahałyśmy się ani minuty :).
W pełni spokojne i zadowolone, zadzwoniłyśmy po mojego (już
teraz) Męża i zjadłyśmy w Jego towarzystwie obiad w jednej z knajpek na rynku
Manufaktury. Myślę, że wszystkie wspominamy to bardzo dobrze, zwłaszcza, że
nasze obawy się nie spełniły i wynik okazał się świetny – kilka dni później
odebrałam obie sukienki, i dziewczyny przymierzyły je, kiedy przyjechały na
panieński. Z dnia, w którym kupowałyśmy sukienki, zostały mi zdjęcia z instaxa, wciąż przyklejone do regału :).
Dzięki temu, że dziewczyny były we dwie, właściwie wszystko
później szło gładko – zorganizowały panieński, przyjechały dzień przed ślubem i
pomogły w przygotowaniu ostatnich dekoracji, zapakowaniu auta i rozpakowaniu go
w hotelu – co było wyjątkowo trudne, biorąc pod uwagę ilość rzeczy, które
trzeba było przewieźć aż na dwa razy! Nigdy nie zapomnę nocnego przygotowywania kurtyny z wstążek (zwłaszcza, że nie pozwolono nam jej potem uszyć) i słoiczków dla Gości w nieco szerszym gronie! :)
W dniu ślubu
zorganizowały się bez problemu – właściwie wszystko było gotowe wcześniej, więc
na głowie miały głównie mnie i naszego Bulgota Francuskiego. Typowo pomogły
przy życzeniach i starały się zmobilizować gości do zabawy na parkiecie i
używania naszej Księgi Gości :).
Jest, oczywiście, wiele rzeczy, które można było zrobić
inaczej. Uważam jednak, że dziewczyny spisały się bardzo dobrze, no i wyglądają
super na zdjęciach :D. Myślę, że było to dla nich cenne doświadczenie, biorąc pod
uwagę to, że w tym roku – za nieco ponad cztery miesiące – N wychodzi za mąż.
Nadal uważam, że bycie druhną to wyróżnienie – nie tylko
można uczestniczyć w procesie przygotowań, który w większości składa się z
dobrych wspomnień i zabawnych anegdot, ale także w dniu ślubu ma się ważną i
odpowiedzialną funkcję. Dobrą stroną tego niewątpliwie jest fakt, że druhny
znajdują się na wielu zdjęciach i filmie ze ślubu :). Kiedy masz więcej, niż jedną świadkową, cała uroczystość wydaje mi się bardziej zrelaksowana, bo obowiązki dzieli się przynajmniej po połowie - także przed ślubem, im więcej pomocy, tym lżej!
Nawet z pozoru napięte sytuacje z czasem zamieniają się w zabawne wspomnienia, kiedy mamy się z kim z nich śmiać ;).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz