poniedziałek, 30 stycznia 2017

Co po ślubie mogę Wam powiedzieć o druhnach?

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to fakt, iż druhny znacznie trudniej ubrać, niż świadkową. Podczas gdy świadkowa jest jedna, ja zaplanowałam trzy druhny, i z sukienkami było najwięcej problemu – doprowadziło to finalnie do tego, że jedna z moich druhen postanowiła wycofać się z aktywnego udziału w ceremonii i weselu, i postanowiła, że druhną i świadkiem nie będzie, bo wybrana przeze mnie paleta kolorów na mój ślub jej nie odpowiada. Tutaj dobra rada: nieważne, czy to Twoja siostra, przyjaciółka, kuzynka. Jeśli nie umie się dopasować do Twoich próśb nawet na jeden dzień, nie powierzaj jej tak ważnej funkcji. Będziesz tego bardzo żałowała.

Na placu boju zostały Jednorożec i N. Wycofanie się mojej Siostry nastąpiło z hukiem i zatoczyło szersze kręgi, niż podejrzewałam - łącznie z zaangażowaniem w temat osób trzecich, niedoinformowanych, i przedstawieniem im jedynej i prawdziwej wersji. Nadal jest to przykrym wspomnieniem, jednak dobrze, że się stało – dzięki temu w trakcie dalszych przygotowań miałam ze sobą osoby, które miały ochotę i dobrą wolę uczestniczyć w przygotowaniach i podzielić się obowiązkami świadkowej w dniu ślubu i wesela. Nie oznacza to, że wszelkie ustalenia stały się bezproblemowe, ale od tego momentu było nam nieco łatwiej.

Założenie było proste – druhny miały być ubrane w pastelowe kolory. Początkowo sądziłyśmy, że będą miały długie, zwiewne sukienki i udało nam się wybrać taki model w Zalando i zamówić do dziewczyn do domów. Ponieważ na co dzień mieszkamy w innych miastach, umówiłyśmy się, że jak tylko będą mogły przymierzyć sukienki, wyślą mi zdjęcia i się zdzwonimy. Czas uciekał, bo dość długo próbowałam się dostosować do życzeń mojej Siostry, i kiedy zrezygnowała, zostało nam około półtora miesiąca do ślubu. Naturalnie, sukienka na zdjęciach wyglądała o wiele lepiej, niż w rzeczywistości, i tak naprawdę żadna z moich druhen nie wyglądała w niej dobrze. Kiedy Jednorożec uznała, że ta sukienka może być, i nie ma ochoty dalej szukać, N stanowczo oznajmiła, że absolutnie nie może jej założyć i pokazać się ludziom.

Finalnie N zabrała sukienkę na wyjazd do Rodziców, próbując ją dopasować, i kiedy to się nie udało, postanowiła szukać sukienek na własną rękę w niewielkim mieście na wschodzie Polski (mieszkam w Łodzi, Jednorożec w okolicach Warszawy; wyjazd na oglądanie sukienek do O raczej nie wchodził w grę, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozmiar miasta – wciąż byłam przekonana, że Łódź ma w tym temacie o wiele więcej do zaoferowania, jednak N nie chciała mi uwierzyć; była zdania, że sukienki znajdą się w Warszawie lub O).

Ostatecznie pod koniec czerwca udało mi się ściągnąć dziewczyny do Łodzi. Jak same przyznały, były trochę przerażone perspektywą całodniowego chodzenia po sklepach i przekonane, że skoczymy sobie do oczu gdzieś w połowie wycieczki. Szczęśliwie, tak się nie stało. Szybko znalazłyśmy model, który na obu dziewczynach wyglądał świetnie, i odpowiadał nam cenowo – problem był jednak taki, że nie było rozmiaru dla N. Choć nie była to długa, zwiewna sukienka, bardzo nam odpowiadała, także dzięki możliwości noszenia jej po ślubie na więcej, niż jedną okazję. Trochę niezadowolone, ruszyłyśmy dalej. Kilka sklepów dalej znalazłyśmy sukienkę w tym samym kroju i dobrym rozmiarze – ale miętową. Tu jednak pani zaproponowała nam zamówienie sukienek w odpowiednim rozmiarze i kolorze, dodatkowo ponad 25% taniej. Nie wahałyśmy się ani minuty :). 

W pełni spokojne i zadowolone, zadzwoniłyśmy po mojego (już teraz) Męża i zjadłyśmy w Jego towarzystwie obiad w jednej z knajpek na rynku Manufaktury. Myślę, że wszystkie wspominamy to bardzo dobrze, zwłaszcza, że nasze obawy się nie spełniły i wynik okazał się świetny – kilka dni później odebrałam obie sukienki, i dziewczyny przymierzyły je, kiedy przyjechały na panieński. Z dnia, w którym kupowałyśmy sukienki, zostały mi zdjęcia z instaxa, wciąż przyklejone do regału :). 

Dzięki temu, że dziewczyny były we dwie, właściwie wszystko później szło gładko – zorganizowały panieński, przyjechały dzień przed ślubem i pomogły w przygotowaniu ostatnich dekoracji, zapakowaniu auta i rozpakowaniu go w hotelu – co było wyjątkowo trudne, biorąc pod uwagę ilość rzeczy, które trzeba było przewieźć aż na dwa razy! Nigdy nie zapomnę nocnego przygotowywania kurtyny z wstążek (zwłaszcza, że nie pozwolono nam jej potem uszyć) i słoiczków dla Gości w nieco szerszym gronie! :) 

W dniu ślubu zorganizowały się bez problemu – właściwie wszystko było gotowe wcześniej, więc na głowie miały głównie mnie i naszego Bulgota Francuskiego. Typowo pomogły przy życzeniach i starały się zmobilizować gości do zabawy na parkiecie i używania naszej Księgi Gości :). 

Jest, oczywiście, wiele rzeczy, które można było zrobić inaczej. Uważam jednak, że dziewczyny spisały się bardzo dobrze, no i wyglądają super na zdjęciach :D.  Myślę, że było to dla nich cenne doświadczenie, biorąc pod uwagę to, że w tym roku – za nieco ponad cztery miesiące – N wychodzi za mąż.

Nadal uważam, że bycie druhną to wyróżnienie – nie tylko można uczestniczyć w procesie przygotowań, który w większości składa się z dobrych wspomnień i zabawnych anegdot, ale także w dniu ślubu ma się ważną i odpowiedzialną funkcję. Dobrą stroną tego niewątpliwie jest fakt, że druhny znajdują się na wielu zdjęciach i filmie ze ślubu :). Kiedy masz więcej, niż jedną świadkową, cała uroczystość wydaje mi się bardziej zrelaksowana, bo obowiązki dzieli się przynajmniej po połowie - także przed ślubem, im więcej pomocy, tym lżej! 

Nawet z pozoru napięte sytuacje z czasem zamieniają się w zabawne wspomnienia, kiedy mamy się z kim z nich śmiać ;). 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz