W skrócie: tak, udało się. Ale inaczej, niż zamierzaliśmy. Do rzeczy.
Nasz BF (prawdopodobnie jak większość psów tej rasy) jest przez nas traktowany jak dziecko - podejrzewam, że to kwestia jego charakteru - taki to przytulak, troszeczkę bezradny cielaczek, bo na agresję nie reaguje, ale za to kocha wszystkich. Pies z kategorii tych, które przywiązują się szybko i mocno, i taką samą reakcję powodują u swoich ludzkich "rodziców adopcyjnych".
Od samego początku nie wyobrażaliśmy sobie tego dnia bez naszej pociechy - o czym możecie przeczytać w tym poście. Jednak w miarę tego, jak zbliżał się nasz ślub, wiedzieliśmy, że mamy pewne ograniczenia w realizacji tego planu - podstawowym był lęk separacyjny, który nasz BF wykształcił po przeprowadzce, czyli jakiś czas po moim poprzednim poście w tym temacie. Kiedy zostaje sam, wyje, szczeka, płacze, ujada. Co prawda, nie niszczy już wszystkiego, co mu wpadnie w zęby, a przerwy między seriami narzekań są coraz dłuższe, jednak wciąż nie jest to psieseł, którego można zostawić samego na długo. Zatem odpoczynek w hotelowym pokoju odpadał - bo maluch wcale by nie odpoczął.
Kolejną możliwością było powierzenie go świadkom - co z perspektywy czasu wydaje się mniej głupie, biorąc pod uwagę to, że podpisująca się część naszych druhen i drużbów spędziła większość czasu na tarasie, a nie na parkiecie. Nadal, młody potrzebowałby opieki w trakcie posiłków, a to prawdopodobnie byłoby tak samo niewygodne dla niego, jak i dla nas.
Puszczenie go wolno byłoby ryzykowne. Choć teren jest ogrodzony, i raczej nigdzie by nam nie zginął, piesek musi się załatwić i należy po nim sprzątnąć. Dodatkowo, mało prawdopodobne, że znalazłby sobie wygodne i ciche miejsce na odpoczynek, z którego by wszystko widział. Dostarczenie mu wody nie byłoby problemem, ale na pewno nie zjadłby niczego, poza kawałkami ze stołu, którymi nie powinien być karmiony... Nie chcieliśmy też, żeby skakał na Gości, przecież elegancko ubranych ;).
W trosce o jego dobro i nasz spokój w tym dniu, postanowiliśmy iść na kompromis - zamiast naciskać na obecność psa przez cały dzień, umówiliśmy się z pracującą z nim behawiorystką, że po ceremonii odbierze go i zajmie się nim u siebie w domu. W ten sposób mamy malucha i na filmie, i na zdjęciach, ale oszczędziliśmy mu stresującego dla niego przyjęcia :).
W trakcie ceremonii opiekował się nim jeden z naszych drużbów, a w trakcie życzeń Goście chętnie zajmowali się nim rotacyjnie - aż do momentu, kiedy po toaście zasiadali do stołów, a nasz maluch pojechał do "cioci", u której miał większą koleżankę. Mąż odebrał go następnego dnia wieczorem szczęśliwego i wybawionego :). Jaki widać niżej, miał muchę w tym samym kolorze, co jego Tatuś, i szele dobrane kolorem (chociaż nie odcieniem) do garnituru Męża ;).
Czekając na sierpień
wtorek, 31 stycznia 2017
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Co po ślubie mogę Wam powiedzieć o druhnach?
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to fakt, iż druhny
znacznie trudniej ubrać, niż świadkową. Podczas gdy świadkowa jest jedna, ja
zaplanowałam trzy druhny, i z sukienkami było najwięcej problemu – doprowadziło
to finalnie do tego, że jedna z moich druhen postanowiła wycofać się z
aktywnego udziału w ceremonii i weselu, i postanowiła, że druhną i świadkiem
nie będzie, bo wybrana przeze mnie paleta kolorów na mój ślub jej nie odpowiada.
Tutaj dobra rada: nieważne, czy to Twoja siostra, przyjaciółka, kuzynka. Jeśli
nie umie się dopasować do Twoich próśb nawet na jeden dzień, nie powierzaj jej tak
ważnej funkcji. Będziesz tego bardzo żałowała.
Na placu boju zostały Jednorożec i N. Wycofanie się mojej
Siostry nastąpiło z hukiem i zatoczyło szersze kręgi, niż podejrzewałam - łącznie
z zaangażowaniem w temat osób trzecich, niedoinformowanych, i przedstawieniem
im jedynej i prawdziwej wersji. Nadal jest to przykrym wspomnieniem, jednak
dobrze, że się stało – dzięki temu w trakcie dalszych przygotowań miałam ze
sobą osoby, które miały ochotę i dobrą wolę uczestniczyć w przygotowaniach i
podzielić się obowiązkami świadkowej w dniu ślubu i wesela. Nie oznacza to, że
wszelkie ustalenia stały się bezproblemowe, ale od tego momentu było nam nieco
łatwiej.
Założenie było proste – druhny miały być ubrane w pastelowe
kolory. Początkowo sądziłyśmy, że będą miały długie, zwiewne sukienki i udało
nam się wybrać taki model w Zalando i zamówić do dziewczyn do domów. Ponieważ
na co dzień mieszkamy w innych miastach, umówiłyśmy się, że jak tylko będą
mogły przymierzyć sukienki, wyślą mi zdjęcia i się zdzwonimy. Czas uciekał, bo
dość długo próbowałam się dostosować do życzeń mojej Siostry, i kiedy
zrezygnowała, zostało nam około półtora miesiąca do ślubu. Naturalnie, sukienka
na zdjęciach wyglądała o wiele lepiej, niż w rzeczywistości, i tak naprawdę
żadna z moich druhen nie wyglądała w niej dobrze. Kiedy Jednorożec uznała, że
ta sukienka może być, i nie ma ochoty dalej szukać, N stanowczo oznajmiła, że
absolutnie nie może jej założyć i pokazać się ludziom.
Finalnie N zabrała sukienkę na wyjazd do Rodziców, próbując ją dopasować, i kiedy to się nie udało, postanowiła szukać sukienek na własną rękę w niewielkim mieście na wschodzie
Polski (mieszkam w Łodzi, Jednorożec w okolicach Warszawy; wyjazd na oglądanie
sukienek do O raczej nie wchodził w grę, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozmiar
miasta – wciąż byłam przekonana, że Łódź ma w tym temacie o wiele więcej do
zaoferowania, jednak N nie chciała mi uwierzyć; była zdania, że sukienki znajdą
się w Warszawie lub O).
Ostatecznie pod koniec czerwca udało mi się ściągnąć dziewczyny
do Łodzi. Jak same przyznały, były trochę przerażone perspektywą całodniowego
chodzenia po sklepach i przekonane, że skoczymy sobie do oczu gdzieś w połowie
wycieczki. Szczęśliwie, tak się nie stało. Szybko znalazłyśmy model, który na
obu dziewczynach wyglądał świetnie, i odpowiadał nam cenowo – problem był
jednak taki, że nie było rozmiaru dla N. Choć nie była to długa, zwiewna sukienka, bardzo nam odpowiadała, także dzięki możliwości noszenia jej po ślubie na więcej, niż jedną okazję. Trochę niezadowolone, ruszyłyśmy
dalej. Kilka sklepów dalej znalazłyśmy sukienkę w tym samym kroju i dobrym
rozmiarze – ale miętową. Tu jednak pani zaproponowała nam zamówienie sukienek w
odpowiednim rozmiarze i kolorze, dodatkowo ponad 25% taniej. Nie wahałyśmy się ani minuty :).
W pełni spokojne i zadowolone, zadzwoniłyśmy po mojego (już
teraz) Męża i zjadłyśmy w Jego towarzystwie obiad w jednej z knajpek na rynku
Manufaktury. Myślę, że wszystkie wspominamy to bardzo dobrze, zwłaszcza, że
nasze obawy się nie spełniły i wynik okazał się świetny – kilka dni później
odebrałam obie sukienki, i dziewczyny przymierzyły je, kiedy przyjechały na
panieński. Z dnia, w którym kupowałyśmy sukienki, zostały mi zdjęcia z instaxa, wciąż przyklejone do regału :).
Dzięki temu, że dziewczyny były we dwie, właściwie wszystko
później szło gładko – zorganizowały panieński, przyjechały dzień przed ślubem i
pomogły w przygotowaniu ostatnich dekoracji, zapakowaniu auta i rozpakowaniu go
w hotelu – co było wyjątkowo trudne, biorąc pod uwagę ilość rzeczy, które
trzeba było przewieźć aż na dwa razy! Nigdy nie zapomnę nocnego przygotowywania kurtyny z wstążek (zwłaszcza, że nie pozwolono nam jej potem uszyć) i słoiczków dla Gości w nieco szerszym gronie! :)
W dniu ślubu
zorganizowały się bez problemu – właściwie wszystko było gotowe wcześniej, więc
na głowie miały głównie mnie i naszego Bulgota Francuskiego. Typowo pomogły
przy życzeniach i starały się zmobilizować gości do zabawy na parkiecie i
używania naszej Księgi Gości :).
Jest, oczywiście, wiele rzeczy, które można było zrobić
inaczej. Uważam jednak, że dziewczyny spisały się bardzo dobrze, no i wyglądają
super na zdjęciach :D. Myślę, że było to dla nich cenne doświadczenie, biorąc pod
uwagę to, że w tym roku – za nieco ponad cztery miesiące – N wychodzi za mąż.
Nadal uważam, że bycie druhną to wyróżnienie – nie tylko
można uczestniczyć w procesie przygotowań, który w większości składa się z
dobrych wspomnień i zabawnych anegdot, ale także w dniu ślubu ma się ważną i
odpowiedzialną funkcję. Dobrą stroną tego niewątpliwie jest fakt, że druhny
znajdują się na wielu zdjęciach i filmie ze ślubu :). Kiedy masz więcej, niż jedną świadkową, cała uroczystość wydaje mi się bardziej zrelaksowana, bo obowiązki dzieli się przynajmniej po połowie - także przed ślubem, im więcej pomocy, tym lżej!
Nawet z pozoru napięte sytuacje z czasem zamieniają się w zabawne wspomnienia, kiedy mamy się z kim z nich śmiać ;).
wtorek, 14 czerwca 2016
Podobno nie ma sensu wychodzić za mąż przed 30-tką
Taki artykuł napotkałam chyba na Viral Women. Autorka wyłuszczyła w nim, że osoba przed trzydziestym rokiem życia nie jest wystarczająco ukształtowana i za słabo zna siebie i swoje potrzeby, a także ma za mało doświadczenia, żeby podjąć taką decyzję. Zaznaczyła, oczywiście, na wstępie, że nikogo nie chce obrazić i to tylko jej opinia, ale w komentarzach większość kobiet się z nią nie zgodziła.
O ile nie mam zamiaru polemizować z cudzymi Opiniami, o tyle treść artykułu bardzo mnie zdziwiła. Każde małżeństwo jest inne, a co za tym idzie - rządzi się innymi zasadami. Niektórzy poznają się i po pół roku są małżeństwem, a potem są szczęśliwi przez najbliższe kilkanaście, kilkadziesiąt lat, inni po tak krótkim okresie znajomości nadal będą się słabo znali i - jeśli się pobiorą - jest ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Nie inaczej jest z parami, które znają się od lat i decydują się na ten krok po wielu przemyśleniach - części się uda, reszta się rozstanie.
Autorka artykułu uważa nawet, że wychodząc za mąż przed trzydziestką, ryzykuje się swoją przyszłością, co jest o tyle dziwne, że robiąc cokolwiek, ryzykuje się swoją przyszłość w jakimś zakresie - to, jaka ona będzie. Pod jej tekstem pojawił się nawet komentarz, który podkreślał, że studiując lub nie studiując również się ryzykuje, bo po studiach nie mamy zapewnionej pracy, a bez studiów może być nawet ciężej. Puenta: robiąc cokolwiek, ryzykujesz swoją przyszłością.
Nie mam dostępu do statystyk, w których mogłabym sprawdzić, jakim małżeństwom częściej się udaje. Nie sądzę jednak, że przejęłabym się tymi danymi, nawet gdybym miała je przed sobą - z wielu względów.
Po pierwsze dlatego, że badania cytowane na Facebooku, czy gdziekolwiek w Internecie - najczęściej są przeprowadzone na osobach z innych krajów. Oczywiście, wszyscy jesteśmy ludźmi, ale w tym, jak się zachowujemy, ogromną rolę gra nasze wychowanie i środowisko, w którym się wychowaliśmy i to, w którym się obracamy. Inaczej będzie pewne sprawy postrzegała osoba wychowana w Polsce, inaczej ta, która dzieciństwo i młodość spędziła np. we Francji. Ale to oczywistość.
Po drugie, badania nie są w stanie objąć wszystkich aspektów naszego życia. Oczywiście, małżeństwa, w których obie osoby są tego samego wyznania, względnie - bez wyznania, pewnie są trwalsze. Ale na pewno są małżeństwa, w których osoby różnią się wiarą i są udane. Albo wiara nie jest powodem, dla którego im się nie układa.
Po trzecie, każdy człowiek jest inny i reaguje po swojemu na nawet te same sytuacje, które się zdarzają w jego życiu.
Nie można określić, czy po trzydziestce bardziej się uda. A może przed. Takie generalizowanie jest bez sensu. Jak długo pracujecie nad sobą i chcecie się porozumiewać, macie duże szanse na to, że Wam się uda :).
O ile nie mam zamiaru polemizować z cudzymi Opiniami, o tyle treść artykułu bardzo mnie zdziwiła. Każde małżeństwo jest inne, a co za tym idzie - rządzi się innymi zasadami. Niektórzy poznają się i po pół roku są małżeństwem, a potem są szczęśliwi przez najbliższe kilkanaście, kilkadziesiąt lat, inni po tak krótkim okresie znajomości nadal będą się słabo znali i - jeśli się pobiorą - jest ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Nie inaczej jest z parami, które znają się od lat i decydują się na ten krok po wielu przemyśleniach - części się uda, reszta się rozstanie.
Autorka artykułu uważa nawet, że wychodząc za mąż przed trzydziestką, ryzykuje się swoją przyszłością, co jest o tyle dziwne, że robiąc cokolwiek, ryzykuje się swoją przyszłość w jakimś zakresie - to, jaka ona będzie. Pod jej tekstem pojawił się nawet komentarz, który podkreślał, że studiując lub nie studiując również się ryzykuje, bo po studiach nie mamy zapewnionej pracy, a bez studiów może być nawet ciężej. Puenta: robiąc cokolwiek, ryzykujesz swoją przyszłością.
Nie mam dostępu do statystyk, w których mogłabym sprawdzić, jakim małżeństwom częściej się udaje. Nie sądzę jednak, że przejęłabym się tymi danymi, nawet gdybym miała je przed sobą - z wielu względów.
Po pierwsze dlatego, że badania cytowane na Facebooku, czy gdziekolwiek w Internecie - najczęściej są przeprowadzone na osobach z innych krajów. Oczywiście, wszyscy jesteśmy ludźmi, ale w tym, jak się zachowujemy, ogromną rolę gra nasze wychowanie i środowisko, w którym się wychowaliśmy i to, w którym się obracamy. Inaczej będzie pewne sprawy postrzegała osoba wychowana w Polsce, inaczej ta, która dzieciństwo i młodość spędziła np. we Francji. Ale to oczywistość.
Po drugie, badania nie są w stanie objąć wszystkich aspektów naszego życia. Oczywiście, małżeństwa, w których obie osoby są tego samego wyznania, względnie - bez wyznania, pewnie są trwalsze. Ale na pewno są małżeństwa, w których osoby różnią się wiarą i są udane. Albo wiara nie jest powodem, dla którego im się nie układa.
Po trzecie, każdy człowiek jest inny i reaguje po swojemu na nawet te same sytuacje, które się zdarzają w jego życiu.
Nie można określić, czy po trzydziestce bardziej się uda. A może przed. Takie generalizowanie jest bez sensu. Jak długo pracujecie nad sobą i chcecie się porozumiewać, macie duże szanse na to, że Wam się uda :).
wtorek, 17 maja 2016
Ślub w plenerze - 3 pomysły na piękne tło.
Śluby w plenerze dają ogromną możliwość "dopasowania" przestrzeni do Waszych upodobań - nie ma sztywnych zasad, nie trzeba się ograniczać do dekoracji ławek w kościele, czy kwiatów na stole urzędnika (nawet nie wiem, czy można samemu udekorować USC, i czy jest sens). Oczywiście, daleka jestem od krytyki ślubu w kościele - wiele z nich jest tak pięknych, że zdecydowanie nie wymagają dekoracji i już samo ich wnętrze tworzy niepowtarzalny nastrój. Co do USC... te wyglądają bardzo różnie.
Na szczęście, dla tych, którzy chcą zrobić coś innego, jest już możliwość zorganizowania ceremonii w plenerze - o ile wybrane miejsce zapewnia powagę uroczystości i bezpieczeństwo obecnych. Jest to niemały koszt, ale moim zdaniem - warto go ponieść. Wszelkie opłaty w Urzędzie wyniosły nas 1095 zł, w tym:
84 zł za sam Akt,
11 zł opłaty za złożenie podania,
1000 zł za dojazd urzędnika na miejsce.
Jeśli zdecydujecie się na ślub poza USC - powstaje zestaw nowych problemów i możliwości. Wiele sal weselnych i hoteli ma ogród, w którym można się pobrać, a część z nich jest nawet na to przygotowana - mam tu na myśli gotowe alejki, altanki, ławki i inne sprzęty. Rzadko jest to jednak wystarczająca oprawa graficzna Waszego wielkiego dnia, i dlatego opiszę dzisiaj, nad czym się zastanawiałam, kiedy planowałam dekoracje na nasz ślub.
Na szczęście, dla tych, którzy chcą zrobić coś innego, jest już możliwość zorganizowania ceremonii w plenerze - o ile wybrane miejsce zapewnia powagę uroczystości i bezpieczeństwo obecnych. Jest to niemały koszt, ale moim zdaniem - warto go ponieść. Wszelkie opłaty w Urzędzie wyniosły nas 1095 zł, w tym:
Jeśli zdecydujecie się na ślub poza USC - powstaje zestaw nowych problemów i możliwości. Wiele sal weselnych i hoteli ma ogród, w którym można się pobrać, a część z nich jest nawet na to przygotowana - mam tu na myśli gotowe alejki, altanki, ławki i inne sprzęty. Rzadko jest to jednak wystarczająca oprawa graficzna Waszego wielkiego dnia, i dlatego opiszę dzisiaj, nad czym się zastanawiałam, kiedy planowałam dekoracje na nasz ślub.
1. Łuk kwiatowy.
Mój pierwszy pomysł. Wygląda pięknie, jednak trzeba się tutaj liczyć z kosztami. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw, doszłam do wniosku, że jednak trochę żal mi pieniędzy (pewnie nie małych) na coś tak nietrwałego, a sztucznych kwiatów nie znoszę i nie wierzę, że efekt byłby taki sam. Tylko spójrzcie:
Źródło:http://www.huffingtonpost.com/amy-child-marella/8-amazing-chuppahs-to-inspire-your-wedding-ceremony_b_8526508.html
Źródło: http://www.rockmywedding.co.uk/wildflowers-at-wedfest/
Źródło: Style Me Pretty
Zdjecie: Jose Villa
Zdjecie: Jose Villa
Projekt: Moon Canyon Design
2. Tło z desek/palet.
Piękny pomysł na ślub boho/rustykalny, przy tym wykonanie takiego tła nie powinno być drogie. Oczywiscie, możliwe jest również zrobienie go w pomieszczeniu. Można je udekorować kwiatami, lampionami, zdjęciami. To, co z nim zrobicie, zależy tylko od Waszej inwencji :).
Źródło: ruuffledblog.com
Autor: Bek Grace
Żródło: mywedding.com
3. Kurtyna z wstążek.
Mój ulubiony pomysł i efekt. Lekkie wstążki wyglądają cudownie, a przy tym mogą stworzyć fantastyczny efekt kolorystyczny na Waszych ślubnych zdjęciach - nie mówiąc o tym, że mogą dopasować się do motywu uroczystości lub same stać się motywem przewodnim. Wykonanie takiej kurtyny nie powinno być ani trudne, ani drogie, więc dla panien młodych zainteresowanych DIY to świetny pomysł!
Zdjęcia: Nancy Ray Photography, Our Labor of Love Photography.
Źródło: Style Me Pretty The Vault
Źródło: http://lachuchoteuse.com/inspiration-rubans-ma-deco-diy/
Jak widać, tło z wstążek wspaniale może posłużyć także do ślubnej fotobudki :).
Oraz jako motyw - dekoracja krzeseł na uroczystości :).
Kurtynę można dodatkowo ozdobić pomponami z tiulu, żywymi kwiatami - lub, jeśli ślub odbywa się wieczorem lub wesele jest także w całości plenerowe - lampkami, które zostaną zapalone po zmroku :).
Tło wstążkowe można wykonać również w jeszcze delikatniejszej, tiulowej wersji:
Źródło: https://www.etsy.com/listing/214484330/dramatic-lighted-wedding-ceremony?ref=related-3
To konkretne znalazłam do kupienia na etsy.com :).
Możliwości jest wiele - od Was zależy, co wybierzecie. Możecie takie tło wykonać samodzielnie lub zlecić wykonanie lub wynająć je od profesjonalisty.
Jakie inne tła byście wybrali? :)
Etykiety:
budżet weselny,
dekoracje,
DIY,
kolorowy ślub,
koszt,
oryginalne ozdoby,
oryginalność,
prosto z pinteresta,
ślub,
ślub poza USC,
ślub w plenerze,
ślubne zrób to sama,
wesele,
zrób to sama
czwartek, 10 marca 2016
Poszukiwanie tej jedynej
Suknia ślubna. Mityczny artefakt z opowieści zamężnych kobiet - zawsze wyjątkowy, często wymarzony i zaprojektowany na długi czas przed zamążpójściem, a nawet zaręczynami. Niektóre panny młode wprost nie mogą się doczekać, aż zbiorą zaufane towarzystwo i wybiorą się na polowanie na tę jedyną, inne mają koszmary na samą myśl o przymierzaniu i wybieraniu. Zanim wybierzesz sukienkę ślubną, musisz dobrze się zastanowić - suknia często nadaje charakter całej uroczystości i to do niej będziesz dopasowywała pozostałe elementy swojego szczególnego dnia.
Musisz pamiętać o charakterze uroczystości, miejscu, w którym się odbywa ślub i przyjęcie weselne, porze dnia, porze roku, pogodzie. O swoim ciele i o tym, jak chcesz się poczuć w tej jedynej sukni. Czego pragniesz? Najlepszym sposobem na wszelkie związane z suknią bolączki jest PRZYMIERZANIE - każdego fasonu (choćby po to, by upewnić się, że go na pewno nie chcesz), każdej długości, każdego odcienia. Przekonasz się wtedy, jaki krój sukni podkreśla zalety Twojej sylwetki, jednocześnie ukrywając wszystko to, czego nie chcesz pokazać, w czym jest Tobie wygodnie.
O czym musisz wiedzieć, szukając wymarzonej sukni ślubnej?
Bielizna
Taka, jaką chcesz mieć w dniu ślubu pod suknią - bardzo często to od bielizny zależy, jak układają się na nas ubrania. Moim zdaniem najlepsza jest cielista. Pamiętaj, że jeśli wychodzisz za mąż latem, a ceremonia i wesele odbywają się na zewnątrz, raczej nie ma sensu bawić się w obciskającą bieliznę modelującą. Pod suknią też najlepiej sprawdza się gładka i jednolita, która nie przebija się wzorem przez materiał.
Salony sukien ślubnych
Sprawdź, gdzie znajdują się te, które chcesz odwiedzić. Jeśli tego nie wiesz, porozmawiaj z koleżankami, gdzie zamawiały swoje suknie ślubne. Pomocne mogą być też wszelkie portale ślubne, często zbierające opinie użytkowników na temat poszczególnych miejsc. Wybierz te, do których chcesz się wybrać, a jeśli masz zamiar odwiedzić je wszystkie, podziel poszukiwania na kilka etapów - przymierzanie może być bardzo wyczerpujące, a jeśli przez dłuższy czas nic nie będzie Tobie odpowiadało, nie będziesz w dobrym nastroju. Choć ja się z tym nie spotkałam, musisz się liczyć z tym, że w części salonów trzeba się wcześniej umówić.
Ekipa do zadań specjalnych
Zabierz ze sobą tylko te osoby, którym ufasz i w towarzystwie których czujesz się komfortowo, ale na tyle obiektywne, by powiedzieć Ci, że w czymś źle wyglądasz, ani też nie zapominające zauważyć, co na Tobie wygląda najlepiej.
Makijażowi mówimy nie!
Lepiej nie nakładać makijażu, wybierając się do salonów - wiele sukien musisz założyć przez głowę, a na pewno nie chcesz pozostawić na sukienkach śladów po sobie w postaci beżowych smug.
Ale co z butami?
Sporo salonów ma kilka par butów na obcasie przeznaczonych do przymierzania sukien, nie musisz więc zabierać ich ze sobą do salonu, zwłaszcza, że buty dobiera się do sukni - kiedy będziesz wiedziała, jaka będzie Twoja suknia, kupisz buty, które będą wyglądały do niej najlepiej.
Kiedy zamówić suknię?
Wybór sukni to jeden z najważniejszych, jakich będziesz musiała dokonać, organizując swój ślub. Niektóre panny młode znajdują swoją suknię w pierwszym salonie, innym zajmuje to wiele miesięcy. Musisz pamiętać o tym, że wiele salonów sprowadza suknie zza granicy, następnie dopasowuje je podczas przymiarek do sylwetki panny młodej. Wtedy suknię należy zamówić na około 6 miesięcy przed ślubem, aby był czas na dokonanie wszelkich potrzebnych poprawek.
Nawet, jeśli nie znajdziesz w żadnym salonie sukni, która będzie tą jedyną, nie jest to koniec świata - jeśli znasz dobrą krawcową, możesz sama zaprojektować suknię swoich marzeń. Nadal musisz pamiętać o czasie potrzebnym na uszycie i dopasowanie sukni.
Nigdy nie zapominaj o tym, że suknia musi być wygodna! Musisz mieć możliwość w niej usiąść, iść, a także - bardzo ważne - jeść. Nie decyduj się zatem na suknie zbyt ciasne lub z bardzo sztywnym gorsetem, o ile nie masz zamiaru się przebrać tuż po ceremonii.
Musisz pamiętać o charakterze uroczystości, miejscu, w którym się odbywa ślub i przyjęcie weselne, porze dnia, porze roku, pogodzie. O swoim ciele i o tym, jak chcesz się poczuć w tej jedynej sukni. Czego pragniesz? Najlepszym sposobem na wszelkie związane z suknią bolączki jest PRZYMIERZANIE - każdego fasonu (choćby po to, by upewnić się, że go na pewno nie chcesz), każdej długości, każdego odcienia. Przekonasz się wtedy, jaki krój sukni podkreśla zalety Twojej sylwetki, jednocześnie ukrywając wszystko to, czego nie chcesz pokazać, w czym jest Tobie wygodnie.
O czym musisz wiedzieć, szukając wymarzonej sukni ślubnej?
Bielizna
Taka, jaką chcesz mieć w dniu ślubu pod suknią - bardzo często to od bielizny zależy, jak układają się na nas ubrania. Moim zdaniem najlepsza jest cielista. Pamiętaj, że jeśli wychodzisz za mąż latem, a ceremonia i wesele odbywają się na zewnątrz, raczej nie ma sensu bawić się w obciskającą bieliznę modelującą. Pod suknią też najlepiej sprawdza się gładka i jednolita, która nie przebija się wzorem przez materiał.
Salony sukien ślubnych
Sprawdź, gdzie znajdują się te, które chcesz odwiedzić. Jeśli tego nie wiesz, porozmawiaj z koleżankami, gdzie zamawiały swoje suknie ślubne. Pomocne mogą być też wszelkie portale ślubne, często zbierające opinie użytkowników na temat poszczególnych miejsc. Wybierz te, do których chcesz się wybrać, a jeśli masz zamiar odwiedzić je wszystkie, podziel poszukiwania na kilka etapów - przymierzanie może być bardzo wyczerpujące, a jeśli przez dłuższy czas nic nie będzie Tobie odpowiadało, nie będziesz w dobrym nastroju. Choć ja się z tym nie spotkałam, musisz się liczyć z tym, że w części salonów trzeba się wcześniej umówić.
Ekipa do zadań specjalnych
Zabierz ze sobą tylko te osoby, którym ufasz i w towarzystwie których czujesz się komfortowo, ale na tyle obiektywne, by powiedzieć Ci, że w czymś źle wyglądasz, ani też nie zapominające zauważyć, co na Tobie wygląda najlepiej.
Makijażowi mówimy nie!
Lepiej nie nakładać makijażu, wybierając się do salonów - wiele sukien musisz założyć przez głowę, a na pewno nie chcesz pozostawić na sukienkach śladów po sobie w postaci beżowych smug.
Ale co z butami?
Sporo salonów ma kilka par butów na obcasie przeznaczonych do przymierzania sukien, nie musisz więc zabierać ich ze sobą do salonu, zwłaszcza, że buty dobiera się do sukni - kiedy będziesz wiedziała, jaka będzie Twoja suknia, kupisz buty, które będą wyglądały do niej najlepiej.
Kiedy zamówić suknię?
Wybór sukni to jeden z najważniejszych, jakich będziesz musiała dokonać, organizując swój ślub. Niektóre panny młode znajdują swoją suknię w pierwszym salonie, innym zajmuje to wiele miesięcy. Musisz pamiętać o tym, że wiele salonów sprowadza suknie zza granicy, następnie dopasowuje je podczas przymiarek do sylwetki panny młodej. Wtedy suknię należy zamówić na około 6 miesięcy przed ślubem, aby był czas na dokonanie wszelkich potrzebnych poprawek.
Nawet, jeśli nie znajdziesz w żadnym salonie sukni, która będzie tą jedyną, nie jest to koniec świata - jeśli znasz dobrą krawcową, możesz sama zaprojektować suknię swoich marzeń. Nadal musisz pamiętać o czasie potrzebnym na uszycie i dopasowanie sukni.
Nigdy nie zapominaj o tym, że suknia musi być wygodna! Musisz mieć możliwość w niej usiąść, iść, a także - bardzo ważne - jeść. Nie decyduj się zatem na suknie zbyt ciasne lub z bardzo sztywnym gorsetem, o ile nie masz zamiaru się przebrać tuż po ceremonii.
piątek, 17 lipca 2015
Druhny!
Wyjątkowo dawno nie wchodziłam na bloga - jak to się mówi, życie się działo. Egzaminy, migreny, upały i inne sprawy, które skutecznie odwlekają człowieka od zwykłych aktywności. Jednak udało mi się nareszcie wygospodarować chwilę na stworzenie tego posta, więc będzie o tym, co ostatnio często zaprząta mi głowę: sukienkach druhen.
Ale od początku. Posiadanie więcej, niż jednej druhny nie jest polskim zwyczajem i często widuje się wianuszek przyjaciółek panny młodej na amerykańskich filmach - raczej w ich szczęśliwych zakończeniach. Dlaczego mam więcej, niż jedną druhnę? Odpowiedź na to pytanie może nie być prosta, postaram się jednak jakoś jej udzielić, nie bełkocząc. (Wiadomo, internet wszystko przyjmie, ale to nie oznacza, że należy to wykorzystywać...) Otóż, od dnia, w którym przekonałam się, że naprawdę chcę wyjść za mąż, i to za mojego PPM, wiedziałam, że moim świadkiem będzie moja starsza Siostra. Nie zależało mi wtedy ani troszeczkę na czymś więcej, niż szybkiej wycieczce do USC, ale tylko krowa nie zmienia zdania, i oto postanowiłam zorganizować przyjęcie weselne. Moja Siostra zyskała zatem również rolę chief braidsmaid, czyli głównej druhny. Bo przyjęcie weselne = goście, a skoro już się bawimy, to bawmy się jak należy.
Moją drugą, niemniej ważną druhną została moja Najlepsza Przyjaciółka, na potrzeby tego bloga - Jednorożec. Ma dość rzadkie imię, zatem nie chcąc ujawniać w pełni jej tożsamości, pozostaniemy przy Jednorożcu. Różowym. O ile moja Siostra (mam tylko jedną) była ze mną zawsze niejako z przymusu (wywiązując się z roli starszej Siostry w sposób jak najbardziej niepoprawny politycznie, niepozbawiony wdzięku i z charakterystycznym, zawadiackim uśmiechem - czyli o wiele lepiej, niż robiłaby to niejedna poprawna politycznie siostra; moja osobowość raczej nie zniosłaby przez dłuższy okres kogoś całkowicie poprawnego i zwyczajnego), to Jednorożec nie z przymusu była ze mną przez większość szalonych lat głównego segmentu mojego burzliwego dojrzewania. Znamy się jak łyse konie, w jej przypadku - łyse jednorożce, i niezmiennie obrażamy się w coraz bardziej wymyślny sposób, czasem tylko pozwalając sobie na typowe, mało kreatywne przytyki. Wyrażamy w ten sposób naszą miłość. A ponieważ nasza przyjaźń sięga czasów, kiedy jeszcze nie sądziłam, że wyjdę kiedykolwiek za mąż za kogokolwiek, oczywistym jest, że chcę mieć relikt tych czasów u swojego niezbyt szczupłego, krągłego boczku.
Trzecią moją druhną jest N, młodsza siostra PPM. Tak w celu lepszego poznania się i zacieśnienia więzi. Żebyśmy się lepiej poznały i dogadały. Dlatego, że uważam, że bycie druhną to swego rodzaju wyróżnienie, dowód zaufania.
Moje druhny nie są do siebie ani trochę podobne - każda nie tylko ma inny charakter, ale i każda wygląda inaczej. Jak dotąd, tylko Jednorożec jest skłonna pójść na ustępstwa w kwestii stroju, rozumiejąc, że pogodzenie trzech różnych gustów i pozostanie w granicach mojego poczucia estetyki może być trudne. Lubię raczej proste rzeczy. Nie lubię wielu ozdób. Preferuję ubrania niewiele pokazujące, ale i nie przesadnie zakrywające ciało. Łagodną kolorystykę.
Wiem, że najważniejsza powinna być moja suknia ślubna, a resztę się do niej dobierze - koszulę PM, sukienki druhen i tak dalej, ale ja lubię mieć w głowie spójną wizję. Wiem mniej-więcej, jaką chcę mieć suknię, jaki, krój, odcień, jaki materiał. I pomysły, które mi się nasuwają w związku z sukienkami moich druhen, co do jednego wpisują się w całość.
Wiem, że każda prawdopodobnie będzie miała inny krój, i nie mam z tym problemu. Uważam nawet, że to lepiej, że wszystkie nie będą identyczne. Chciałabym jednak, żeby miały coś wspólnego - kolor, może nawet odcień tego koloru, niekoniecznie długość. W ostatnich dniach wahamy się między złotym a brzoskwiniowym (brzoskwiniowy jest odpowiedzią na odrzucenie jasnego fioletu i pudrowego różu). Jak zauważył mój PPM (czyli jak sam o sobie mówi - Prawy Przycisk Myszy), kolor zloty, taki delikatny i nie świecący po oczach pięknie prezentowałby się na tle zieleni.
Szukałam na pintereście czegoś, co odpowiadałoby moim wymaganiom, jednak nic takiego nie znalazłam. Biskie mojemu sercu, a czasami po prostu ładne, zamieszczam poniżej.
Ale od początku. Posiadanie więcej, niż jednej druhny nie jest polskim zwyczajem i często widuje się wianuszek przyjaciółek panny młodej na amerykańskich filmach - raczej w ich szczęśliwych zakończeniach. Dlaczego mam więcej, niż jedną druhnę? Odpowiedź na to pytanie może nie być prosta, postaram się jednak jakoś jej udzielić, nie bełkocząc. (Wiadomo, internet wszystko przyjmie, ale to nie oznacza, że należy to wykorzystywać...) Otóż, od dnia, w którym przekonałam się, że naprawdę chcę wyjść za mąż, i to za mojego PPM, wiedziałam, że moim świadkiem będzie moja starsza Siostra. Nie zależało mi wtedy ani troszeczkę na czymś więcej, niż szybkiej wycieczce do USC, ale tylko krowa nie zmienia zdania, i oto postanowiłam zorganizować przyjęcie weselne. Moja Siostra zyskała zatem również rolę chief braidsmaid, czyli głównej druhny. Bo przyjęcie weselne = goście, a skoro już się bawimy, to bawmy się jak należy.
Moją drugą, niemniej ważną druhną została moja Najlepsza Przyjaciółka, na potrzeby tego bloga - Jednorożec. Ma dość rzadkie imię, zatem nie chcąc ujawniać w pełni jej tożsamości, pozostaniemy przy Jednorożcu. Różowym. O ile moja Siostra (mam tylko jedną) była ze mną zawsze niejako z przymusu (wywiązując się z roli starszej Siostry w sposób jak najbardziej niepoprawny politycznie, niepozbawiony wdzięku i z charakterystycznym, zawadiackim uśmiechem - czyli o wiele lepiej, niż robiłaby to niejedna poprawna politycznie siostra; moja osobowość raczej nie zniosłaby przez dłuższy okres kogoś całkowicie poprawnego i zwyczajnego), to Jednorożec nie z przymusu była ze mną przez większość szalonych lat głównego segmentu mojego burzliwego dojrzewania. Znamy się jak łyse konie, w jej przypadku - łyse jednorożce, i niezmiennie obrażamy się w coraz bardziej wymyślny sposób, czasem tylko pozwalając sobie na typowe, mało kreatywne przytyki. Wyrażamy w ten sposób naszą miłość. A ponieważ nasza przyjaźń sięga czasów, kiedy jeszcze nie sądziłam, że wyjdę kiedykolwiek za mąż za kogokolwiek, oczywistym jest, że chcę mieć relikt tych czasów u swojego niezbyt szczupłego, krągłego boczku.
Trzecią moją druhną jest N, młodsza siostra PPM. Tak w celu lepszego poznania się i zacieśnienia więzi. Żebyśmy się lepiej poznały i dogadały. Dlatego, że uważam, że bycie druhną to swego rodzaju wyróżnienie, dowód zaufania.
Moje druhny nie są do siebie ani trochę podobne - każda nie tylko ma inny charakter, ale i każda wygląda inaczej. Jak dotąd, tylko Jednorożec jest skłonna pójść na ustępstwa w kwestii stroju, rozumiejąc, że pogodzenie trzech różnych gustów i pozostanie w granicach mojego poczucia estetyki może być trudne. Lubię raczej proste rzeczy. Nie lubię wielu ozdób. Preferuję ubrania niewiele pokazujące, ale i nie przesadnie zakrywające ciało. Łagodną kolorystykę.
Wiem, że najważniejsza powinna być moja suknia ślubna, a resztę się do niej dobierze - koszulę PM, sukienki druhen i tak dalej, ale ja lubię mieć w głowie spójną wizję. Wiem mniej-więcej, jaką chcę mieć suknię, jaki, krój, odcień, jaki materiał. I pomysły, które mi się nasuwają w związku z sukienkami moich druhen, co do jednego wpisują się w całość.
Wiem, że każda prawdopodobnie będzie miała inny krój, i nie mam z tym problemu. Uważam nawet, że to lepiej, że wszystkie nie będą identyczne. Chciałabym jednak, żeby miały coś wspólnego - kolor, może nawet odcień tego koloru, niekoniecznie długość. W ostatnich dniach wahamy się między złotym a brzoskwiniowym (brzoskwiniowy jest odpowiedzią na odrzucenie jasnego fioletu i pudrowego różu). Jak zauważył mój PPM (czyli jak sam o sobie mówi - Prawy Przycisk Myszy), kolor zloty, taki delikatny i nie świecący po oczach pięknie prezentowałby się na tle zieleni.
Szukałam na pintereście czegoś, co odpowiadałoby moim wymaganiom, jednak nic takiego nie znalazłam. Biskie mojemu sercu, a czasami po prostu ładne, zamieszczam poniżej.
Źródło: emthegem.com
Takie złoto mnie interesuje!
Źródło: projectwedding.com
Źródło: stylemepretty.com
Źródło: swapdress.tk
Zbyt intensywny kolor - wolę jaśniejszy i bardziej pomarańczowy.
Źródło: theberry.com
Kolor + tkanina, krój spódnicy nie.
Źródło: weddingchicks.com
Źródło: weddingpartyapp.com
Bezapelacyjne zwycięstwo. Ani złote, ani brzoskwiniowe.
Ale proste i piękne.
Idealne.
A Wy, co sądzicie o druhnach? I jak chciałybyście, żeby były ubrane Wasze druhny?
środa, 1 kwietnia 2015
Ślub i wesele - mity
Na temat polskiego ślubu i wesela krąży wiele mitów. Niektóre są rozpowszechnione w całym kraju, inne nie. Z jednym z nich zderzyłam się jeszcze zanim wyznaczyliśmy datę ślubu - kiedy zastanawialiśmy się, czy chcemy się pobrać w maju, czy w sierpniu, moja babcia natychmiast zaznaczyła, że miesiąc, w którym się odbędzie ślub, powinien mieć literkę "r", żebyśmy się nie rozwiedli... Poniżej zamieszczam zestawienie mitów, o których słyszałam, a o których wiem, że są właśnie - mitami.
1. Miesiąc musi mieć w sobie literkę "r", żeby nie doszło do rozwodu.
Nieprawda. Moi rodzice pobierali się w grudniu i po 11 latach małżeństwa się rozwiedli, a przez kilka kolejnych lat ciężko im było ze sobą rozmawiać. Rodzice mojego Narzeczonego pobrali się w kwietniu i w tym roku będą obchodzili swoje 25-lecie, a moi dziadkowie ślub cywilny mieli w styczniu, kościelny w kwietniu, i są razem 53 lata. Jeśli chcecie być razem i będziecie wyjaśniać wszelkie nieporozumienia na bieżąco, literka "r" ani Wam pomoże, ani Wam zaszkodzi. Śmiało możecie mieć ją w d!
2. Ślub? Tylko w sobotę!
Być może kościelny. Cywilny z pewnością nie - moi rodzice pobrali się w czwartek, my bierzemy ślub w piątek. Czasami dzieje się tak dlatego, że jest taniej, może dlatego, że jakaś konkretna data, niekoniecznie wypadająca w sobotę, jest dla młodych bardzo szczególna, a czasami dlatego, że w sobotę rano młodzi chcą wyjechać. Zdarza się i tak, że młodzi przynagleni miłością do dzieci rezerwują najbliższy termin, który też nie musi wypadać w sobotę.
3. Tylko ślub kościelny jest prawdziwym ślubem.
Nieprawda. Jest tylko jedynym z rodzajów ceremonii, na które można się zdecydować. Nawet w ślubie kościelnym w obrządku rzymskokatolickim sakramentu niejako "udzielają sobie" młodzi. Więc jeśli o młodych chodzi, to prawdziwym ślubem będzie każdy, który efekty ślubu wywrze. Ślub kościelny nie-konkordatowy nie wywrze w polskim prawie skutku. A - ostatecznie - chodzi przecież o to, żeby nasz ślub uznało nie tylko społeczeństwo, ale też państwo.
4. Wesele powinno być huczne.
Coraz więcej młodych decyduje się na małą uroczystość. Nie oznacza to, że mają siedmiu gości, ale raczej nie zapraszają osób z którymi nie utrzymują kontaktu, czy które są przyjaciółmi rodziców i ich nie znają. Małe ceremonie są o tyle urokliwe, że młodzi mają większą szansę z każdym gościem zamienić kilka słów i lepiej czują się w znanym sobie towarzystwie.
5. Na weselu powinno być dużo wódki, inaczej goście nie będą się dobrze bawili.
Znów - nie. Coraz częściej słyszy się o weselach bezalkoholowych, albo na których zamiast wódki - podano inne alkohole. Są rodziny, w których wiemy, że bliska osoba jest alkoholikiem i nie chcemy jej kusić. Poza tym to, czy goście będą się dobrze bawili, zależy wyłącznie od nich samych i ich podejścia do wesela, na które zostali zaproszeni. Byłam na weselu, na którym wódki było bardzo dużo, ale po fakcie nie byli z niego zadowoleni ani młodzi, ani goście.
6. Młodzi powinni się napić wódki z każdym gościem.
Nie, nie powinni. Powinni każdemu podziękować za przybycie. Koniec tematu.
Można wymieniać jeszcze wiele innych przekonań - "jaki pierwszy taniec, takie małżeństwo", "jeśli młodzi zobaczą się przed ślubem, to przyniesie im pecha", "pan młody nie powinien widzieć sukni panny młodej przed ślubem, bo to pech" i inne. My nie mamy się zamiaru nimi przejmować.
A Wy? Jakie znacie mity na temat wesela i ślubu? Macie zamiar brać je pod uwagę?
1. Miesiąc musi mieć w sobie literkę "r", żeby nie doszło do rozwodu.
Nieprawda. Moi rodzice pobierali się w grudniu i po 11 latach małżeństwa się rozwiedli, a przez kilka kolejnych lat ciężko im było ze sobą rozmawiać. Rodzice mojego Narzeczonego pobrali się w kwietniu i w tym roku będą obchodzili swoje 25-lecie, a moi dziadkowie ślub cywilny mieli w styczniu, kościelny w kwietniu, i są razem 53 lata. Jeśli chcecie być razem i będziecie wyjaśniać wszelkie nieporozumienia na bieżąco, literka "r" ani Wam pomoże, ani Wam zaszkodzi. Śmiało możecie mieć ją w d!
2. Ślub? Tylko w sobotę!
Być może kościelny. Cywilny z pewnością nie - moi rodzice pobrali się w czwartek, my bierzemy ślub w piątek. Czasami dzieje się tak dlatego, że jest taniej, może dlatego, że jakaś konkretna data, niekoniecznie wypadająca w sobotę, jest dla młodych bardzo szczególna, a czasami dlatego, że w sobotę rano młodzi chcą wyjechać. Zdarza się i tak, że młodzi przynagleni miłością do dzieci rezerwują najbliższy termin, który też nie musi wypadać w sobotę.
3. Tylko ślub kościelny jest prawdziwym ślubem.
Nieprawda. Jest tylko jedynym z rodzajów ceremonii, na które można się zdecydować. Nawet w ślubie kościelnym w obrządku rzymskokatolickim sakramentu niejako "udzielają sobie" młodzi. Więc jeśli o młodych chodzi, to prawdziwym ślubem będzie każdy, który efekty ślubu wywrze. Ślub kościelny nie-konkordatowy nie wywrze w polskim prawie skutku. A - ostatecznie - chodzi przecież o to, żeby nasz ślub uznało nie tylko społeczeństwo, ale też państwo.
4. Wesele powinno być huczne.
Coraz więcej młodych decyduje się na małą uroczystość. Nie oznacza to, że mają siedmiu gości, ale raczej nie zapraszają osób z którymi nie utrzymują kontaktu, czy które są przyjaciółmi rodziców i ich nie znają. Małe ceremonie są o tyle urokliwe, że młodzi mają większą szansę z każdym gościem zamienić kilka słów i lepiej czują się w znanym sobie towarzystwie.
5. Na weselu powinno być dużo wódki, inaczej goście nie będą się dobrze bawili.
Znów - nie. Coraz częściej słyszy się o weselach bezalkoholowych, albo na których zamiast wódki - podano inne alkohole. Są rodziny, w których wiemy, że bliska osoba jest alkoholikiem i nie chcemy jej kusić. Poza tym to, czy goście będą się dobrze bawili, zależy wyłącznie od nich samych i ich podejścia do wesela, na które zostali zaproszeni. Byłam na weselu, na którym wódki było bardzo dużo, ale po fakcie nie byli z niego zadowoleni ani młodzi, ani goście.
6. Młodzi powinni się napić wódki z każdym gościem.
Nie, nie powinni. Powinni każdemu podziękować za przybycie. Koniec tematu.
Można wymieniać jeszcze wiele innych przekonań - "jaki pierwszy taniec, takie małżeństwo", "jeśli młodzi zobaczą się przed ślubem, to przyniesie im pecha", "pan młody nie powinien widzieć sukni panny młodej przed ślubem, bo to pech" i inne. My nie mamy się zamiaru nimi przejmować.
A Wy? Jakie znacie mity na temat wesela i ślubu? Macie zamiar brać je pod uwagę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















