wtorek, 31 marca 2015

Wielkanocne wojny

Jesteśmy zaręczeni od grudnia 2013. roku. To oznacza, że to nasza druga wspólna Wielkanoc (jako narzeczonych). To prawda, jesteśmy ateistami, jednak ponieważ nasze rodziny te święta obchodzą, to bierzemy w nich udział - żeby zrobić bliskim przyjemność i spędzić z nimi trochę czasu.

Jako że PM nie jest wielkim fanem świąt, dwa lata temu na Wielkanoc zwyczajnie nie pojechał, a w zeszłym roku śniadanie wielkanocne jedliśmy z moją rodziną. Po śniadaniu - żeby też nie wprowadzać rodziny w konsternację (bo co zjedzą wegetarianie na obiad świąteczny?!) - pojechaliśmy do Warszawy, gdzie wówczas PM mieszkał i spędziliśmy kilka uroczych dni na braku świętowania i odpoczęliśmy przed powrotem do obowiązków. W tym roku mieszkamy już razem i święta będą nieco inne.

Śniadanie wielkanocne, już chyba tradycyjnie -  będzie u moich Dziadków. Potem przyjadą rodzice PM i jego siostra, więc świąteczny obiad jest na nas... Nie trudno się domyślić, że przygotowania rozpoczęliśmy dużo wcześniej - od wojny z piekarnikiem.

Nie wiem, gdzie zobaczyłam po raz pierwszy sernik nowojorski. Nie pamiętam nawet, czego szukałam. Ale spodobały mi się zdjęcia na blogach i postanowiłam zamienić je na czyny, żeby przed Wielkanocą poćwiczyć sernik, którym będę raczyła nasze rodziny. Wybrałam przepis stąd, dopasowałam go jednak do mojej małej foremki o średnicy 18 cm i do naszych możliwości finansowych (serki Philadephia są dość drogie). 

Ostatecznie, przepis trzeba było dopasować jeszcze bardziej, niż na początku sądziliśmy - zwłaszcza, że jak w kuchni pracują dwie osoby, to dużo szybciej idzie :). 

Nasze proporcje:
2 serki Philadephia, resztę stanowiły serki Twój Smak
ok. 150 g ciastek Belvita
przynajmniej 60g masła 
śmietana 22% Piątnicy (do sałatek)
130g cukru
2 jajka
1/2 łyżki esencji waniliowej
1/2 łyżki mąki 

Z wyłożeniem formy papierem do pieczenia były problemy i myślę, że tortownica była kiepskim pomysłem - w trakcie pieczenia masło wylało się na dno piekarnika i zadymiło nam całe mieszkanie. Aż oczy piekły! Ze względu na bardzo kiepski piekarnik w tym mieszkaniu właśnie, sernik musiał się piec około 1 godziny i 40 minut. Kiedy wystygł, nocował w lodówce. Rano jedliśmy go z sosem ze zmiksowanych mrożonych truskawek. Zdjęcie udało mi się zrobić jednemu z ostatnich kawałków dopiero wieczorem i wyglądał tak: 


Zdjęcie nie jest najlepsze, ale daje jakiś pogląd na efekt końcowy :). 

Następnym razem z pewnością wybierzemy foremkę bez jakichkolwiek przerw i zrobimy mniejszą, mniej słodką masę serową. 

A Wy, jak spędzacie Wielkanoc? Gotujecie razem? :) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz